Prawo autorskie, Prawo gospodarcze, Umowy

Czy dekompilacja to legalna kradzież?

Temat dekompilacji (ang. reverse engineering) był już wielokrotnie poddawany dyskusji.  W większości publikacji skupiono się jednak na samym wytłumaczeniu czym jest owa dekompilacja oraz temu, pod jakimi przesłankami jest ona dozwolona. W niniejszym artykule skupimy się przede wszystkim na samej genezie tego procesu oraz na tym czy niesie on za sobą pewne ryzyko dla autorów programów komputerowych.

Geneza

Na początek warto jednak ustalić w prostych słowach istotę dekompilacji. Jest to bowiem proces tłumaczenia kodu maszynowego na kod źródłowy. Innymi słowy za pomocą tego procesu jesteśmy w stanie przekształcić kod danego programu komputerowego z języka odczytywanego jedynie przez komputer na język, który jest już czytelny dla człowieka. Jesteśmy dzięki temu w stanie rozłożyć kod na czynniki pierwsze. Jest to dosłowne przeciwieństwo kompilacji, której celem jest uzyskanie kodu maszynowego, aby dany program mógł sprawować swoją funkcję na komputerze. Kod źródłowy ma bardziej doniosłe znaczenie od kodu maszynowego. Posiadając kod źródłowy mamy tym samym konkretny algorytm programu oraz jego zasady funkcjonowania. Już teraz możemy dostrzec czego dotyczy niniejsza problematyka. Jeżeli np. licencjobiorca programu przetłumaczy kod maszynowy na źródłowy zaistnieje realne ryzyko naruszenia ochrony prawnoautorskiej programu. Sprawa ta nie jest jednak taka oczywista.

Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2009/24/WE z dnia 23 kwietnia 2009 r. w sprawie ochrony prawnej programów komputerowych (dalej „dyrektywa”) dotyczy problematyki dekompilacji. Owa dyrektywa została zaimplementowana w Polsce w istniejącej już wcześniej Ustawie z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (dalej “pr.aut.”). Aktualny stan prawny dotyczący dekompilacji polega na konsensusie argumentów zwolenników oraz przeciwników dekompilacji. Dyrektywa zezwala na wykonywanie tego procesu jednak przy ściśle określonych okolicznościach (o czym nieco później). Zanim jednak taki stan rzeczy się ugruntował trwał dość długi spór, którego efektem jest dziś obowiązująca dyrektywa. Oczywistym argumentem przeciwników dekompilacji było ryzyko utraty ochrony prawnoautorskiej. Dodatkowo wnoszono, że pracochłonny oraz kosztochłonny proces tworzenia programu może poprzez dekompilację w łatwy sposób zostać skopiowany lub wykorzystywany do innych celów niż przeznaczone. Zwolennicy natomiast wskazywali na korzyść jaką ma być ułatwienie interoperacyjności programów. Dodatkowo postulowano, że dekompilacja może zwiększać konkurencję między autorami programów, co korzystnie będzie wpływać na rynek programów komputerowych, a przy tym przeciwdziałać monopolizacji rynku branży. Ciężko się nie zgodzić z tym tokiem rozumowania, ponieważ po stronie przeciwników pierwsze skrzypce odgrywali właśnie najwięksi producenci oprogramowań.  Jak wskazano wcześniej, zderzenie argumentów obu stron sporu doprowadziło do znanej nam już dyrektywy.

Zakres wykorzystania informacji z dekompilacji

Dyrektywa zaimplementowana została w przepisach ustawy o prawach autorskich i pokrewnych, a dokładniej w artykułach 74 oraz 75. Art. 75 ust. 2 pkt 3 pr. aut. wskazuje w jakich okolicznościach dekompilacja, która nie wymaga zezwolenia uprawnionego, jest legalna. Po pierwsze osobą, która może dokonać dekompilacji jest wyłącznie licencjobiorca lub inną osobę uprawnioną do korzystania z egzemplarza programu komputerowego bądź przez inną osobę działającą na ich rzecz. Wynika z tego, że wskazane wcześniej podmioty mogą zlecić przeprowadzenie dekompilacji osobie trzeciej. Ustawodawca zezwala na taki zabieg, ponieważ nie zawsze licencjobiorca będzie miał odpowiednie umiejętności lub narzędzia, aby samodzielnie przeprowadzić proces tłumaczenia kodu. Drugą przesłanką niezbędną do tego, aby dekompilacja był legalna jest to, aby informacje niezbędne do osiągnięcia współdziałania nie były uprzednio łatwo dostępne. Ciężko jednoznacznie zakwalifikować, kiedy te informacje “nie były uprzednio łatwo dostępne”. Najczęściej autorzy programów dają umożliwiają zdobycie takich informacji, jednak za opłatą, która czasami jest dość wygórowana. Można zatem przyjąć, że informacje nie są uprzednio łatwo dostępne, jeżeli cena samodzielnego dotarcia do tych informacji (poprzez dekompilację) będzie wciąż niższa od wykupienia ich od licencjodawcy. W znacznej mierze jednak, informacje te nie będą łatwo dostępne już w sytuacji, kiedy licencjobiorca nie dostanie ich w zestawie z programem. W takiej sytuacji – oprócz ewentualnego wykupienia od autora – jedyna metodą na zdobycie tych informacji jest dekompilacja. Ostatnia przesłanka wydaje się nie rodzić żadnych problemów interpretacyjnych – czynności te odnoszą się do tych części oryginalnego programu komputerowego, które są niezbędne do osiągnięcia współdziałania.

Istotniejsze dla licencjodawcy jest jednak wykazać w jakim zakresie uzyskane informacje z dekompilacji licencjobiorca może wykorzystać. Te przepisy są właśnie efektem opisanego wcześniej sporu – a konkretniej – wypracowanego konsensusu. Art. 75 ust. 3 pr. Aut. wskazuje w jakim zakresie uzyskane informacje za pomocą dekompilacji nie mogą zostać wykorzystane. Po pierwsze informacje te nie mogą służyć do innych celów niż osiągnięcie współdziałania niezależnie stworzonego programu komputerowego. Należy tutaj przypomnieć, że rzeczona interoperacyjność jest fundamentem do stosowania dekompilacji przez licencjobiorcę. Drugim ograniczaniem jest zakaz przekazywania informacji innym osobom, chyba że jest to niezbędne do osiągnięcia współdziałania niezależnie stworzonego programu komputerowego. Nie istnieje zatem ryzyko odsprzedawania uzyskanych w ten sposób informacji przez licencjobiorcę. Uzyskane dane nie mogą być również wykorzystane do rozwijania, wytwarzania lub wprowadzania do obrotu programu komputerowego o istotnie podobnej formie wyrażenia lub do innych czynności naruszających prawa autorskie. Należy przyjąć, że jest to najważniejszy element omawianego ustępu. Jeżeli na podstawie informacji uzyskanych z dekompilacji powstanie program o podobnym charakterze i zastosowaniu, nawet zapisany w innym języku programowania, to zostaną naruszone przepis art. 75 ust. 3 pkt 3 pr. aut. Należy również podkreślić, że postanowienia umów zakazujące stosowania dekompilacji przez licencjobiorcę będą nieważne. Uprawnienie licencjobiorcy do dekompilacji wynika z mocy samego prawa, azatem wszelkie zakazy w umowach nie będą wiążące, co wynika z art. 76 pr. aut.

Wnioski

Aktualny stan prawny dotyczący dekompilacji nie niesie za sobą większego ryzyka dla autora programu komputerowego. Należy wskazać, że same przesłanki zezwalające na ten proces dość znacząco ograniczają dopuszczalność jego przeprowadzania. Dodatkowymi ograniczeniami są te z art. 75 ust. 3 pr. aut., które w połączeniu z przesłankami legalizującymi tworzą niezwykle wąski zakres stosowania dekompilacji. Co więcej, sama dekompilacja nie prowadzi do “zero-jedynkowego” wykazania kodu źródłowego. Najczęściej z kodu maszynowego nie udaje się uzyskać oryginalnego kodu źródłowego. Tym bardziej, że jedyną legalną częścią programu do dekompilacji jest ta, która dotyczy interoperacyjności. Licencjobiorca zatem ma bardzo wąski zakres kodu źródłowego, a przy tym ten uzyskany może odbiegać od oryginału. Jeżeli nasz kontrahent będzie miał zamiar skopiować nasz program lub użyć go w innych celach, to zrobi to pomimo oczywistych przeciwwskazań. Taki ewentualny scenariusz nie może moim zdaniem przekreślać stosowania legalnej dekompilacji, która ma ogromne znaczenie dla rozwoju całej branży.

Michał Kolasiński

Bibliografia:

K. Sztobryn, 4.4.2.4. Dekompilacja programu [w:] Ochrona programów komputerowych w prawie własności intelektualnej w Unii Europejskiej, Warszawa 2015.

Prawo gospodarcze, Umowy

Jak sprzedać firmę? Część 2

W poprzednim wpisie: „Jak sprzedać firmę? Cześć 1” pisaliśmy o tym, na czym polega sprzedaż przedsiębiorstwa i czym w ogóle jest przedsiębiorstwo według Kodeksu cywilnego.

W tym artykule chcemy bliżej przyjrzeć się temu, co dzieje się już po zbyciu przedsiębiorstwa czyli odpowiedzialności za związane z nim zobowiązania.

Reguła odpowiedzialności za zobowiązania związane z przedsiębiorstwem została uregulowana ustawowo w przepisie art. 55(4) Kodeksu cywilnego:

Nabywca przedsiębiorstwa lub gospodarstwa rolnego jest odpowiedzialny solidarnie ze zbywcą za jego zobowiązania związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa lub gospodarstwa, chyba że w chwili nabycia nie wiedział o tych zobowiązaniach, mimo zachowania należytej staranności. Odpowiedzialność nabywcy ogranicza się do wartości nabytego przedsiębiorstwa lub gospodarstwa według stanu w chwili nabycia, a według cen w chwili zaspokojenia wierzyciela. Odpowiedzialności tej nie można bez zgody wierzyciela wyłączyć ani ograniczyć”.

Solidarna odpowiedzialność nabywcy i zbywcy za zobowiązania związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa jest regułą, której nie można zmienić np. w umowie sprzedaży przedsiębiorstwa – przepis art. 55(4) Kodeksu cywilnego ma bowiem charakter bezwzględnie obowiązujący. Omawiany przepis skutkuje tym, że w przypadku zbycia przedsiębiorstwa nie dochodzi do pełnej sukcesji wszystkich praw i obowiązków jak to ma miejsce np. przy przekształcaniu spółek prawa handlowego. Zbycie przedsiębiorstwa jest transakcją typu asset deal czyli dotyczącej jedynie zbycia aktywów. W skład przedsiębiorstwa będącego przedmiotem np. sprzedaży nie wchodzą długi i inne zobowiązania.

O nas Ewa
www.rybarczyk-kancelaria.pl

Jak temu zaradzić? Na pewno należy uważać, żeby nie obchodzić przepisu art. 55(4) Kodeksu cywilnego – jak już wspomnieliśmy ma on charakter bezwzględnie obowiązujący. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby od każdego z wierzycieli zbywcy, zbywca uzyskał zgodę na przejęcie długu (art. 519 Kodeksu cywilnego i następne). Instytucja przejęcia długu polega na tym, że osoba trzecia może wstąpić na miejsce dłużnika, który następnie zostaje z długu zwolniony. Żeby to się stało musi się to odbyć w drodze umowy zawartej między wierzycielem a osobą trzecią za zgodą dłużnika albo też wskutek umowy między dłużnikiem a osobą trzecią za zgodą wierzyciela. Należy zatem mieć na uwadze, że nabywca przedsiębiorstwa może przejąć długi związane z jego prowadzeniem, również te wynikające z zawartych umów, ale tylko za uprzednią zgodą wierzycieli. Jeżeli wierzyciel nie wyrazi zgody na przejęcie długu, wtedy, nabywca przedsiębiorstwa odpowiada za zobowiązania wynikające z tych umów solidarnie ze zbywcą przedsiębiorstwa, chyba że w chwili nabycia nie wiedział o tych zobowiązaniach, pomimo zachowania należytej staranności.

Ostatni fragment przepisu art. 55(4) Kodeksu cywilnego przewiduje ograniczenie odpowiedzialności nabywcy przedsiębiorstwa. Ta odpowiedzialność ogranicza się do wartości nabytego przedsiębiorstwa z chwili nabycia, a według cen z chwili zaspokojenia wierzyciela (dlatego tak ważne przy umowach zbycia przedsiębiorstwa jest uprzednie ustalenie jego wartości). Ponadto odpowiedzialność nabywcy jest wyłączona, gdy nabywca nie wiedział o danych zobowiązaniach, mimo zachowania należytej staranności. Przy nabyciu przedsiębiorstwa stosuje się podwyższony miernik staranności wynikający z zawodowego charakteru działalności – zgodnie z art. 355 § 2 Kodeksu cywilnego. W przypadku sporu z wierzycielem lub zbywcą przedsiębiorstwa, to nabywca będzie musiał udowodnić, że nie miał wiedzy o zobowiązaniach, pomimo zachowania należytej staranności.

Prawo gospodarcze, Umowy

Jak sprzedać firmę? Część 1

DSC_0559
www.rybarczyk-kancelaria.pl

Wielu przedsiębiorców dochodzi do pewnego momentu w swoim biznesie, w którym mówią DOŚĆ! Wtedy pojawia się pomysł sprzedaży tego, co już zostało osiągnięte. W taki momencie w google wyszukuje się magiczne hasło: „Jak sprzedać firmę”?

Teraz uwaga czysto prawna: firmy nie da się sprzedać. Firma – według Kodeksu cywilnego – to oznaczenie przedsiębiorcy, np. firmą osoby fizycznej jest jej imię i nazwisko. Tak rozumiana firma jest niezbywalna. W sensie potocznym „firmą” określa się jednak często przedsiębiorstwo. I teraz każdemu prawnikowi zapala się jedna lampka: sprzedaż przedsiębiorstwa!

Kodeks cywilny zna pojęcie przedsiębiorstwa i nawet podaje jego definicję w art. 55(1): „Przedsiębiorstwo jest zorganizowanym zespołem składników niematerialnych i materialnych przeznaczonym do prowadzenia działalności gospodarczej.

Obejmuje ono w szczególności:

1) oznaczenie indywidualizujące przedsiębiorstwo lub jego wyodrębnione części (nazwa przedsiębiorstwa);

2) własność nieruchomości lub ruchomości, w tym urządzeń, materiałów, towarów i wyrobów, oraz inne prawa rzeczowe do nieruchomości lub ruchomości;

3) prawa wynikające z umów najmu i dzierżawy nieruchomości lub ruchomości oraz prawa do korzystania z nieruchomości lub ruchomości wynikające z innych stosunków prawnych;

4) wierzytelności, prawa z papierów wartościowych i środki pieniężne;

5) koncesje, licencje i zezwolenia;

6) patenty i inne prawa własności przemysłowej;

7) majątkowe prawa autorskie i majątkowe prawa pokrewne;

8) tajemnice przedsiębiorstwa;

9) księgi i dokumenty związane z prowadzeniem działalności gospodarczej”.

Żebyśmy zatem mogli mówić o przedsiębiorstwie, musi wystąpić choć jeden składnik materialny i jeden składnik niematerialny. Pamiętajmy jednak, że wyżej podana lista składników przedsiębiorstwa jest jedynie przykładowa. W skład przedsiębiorstwa mogą wchodzi także inne elementy np. klientela, renoma, doświadczenia produkcyjne czy dostęp do kredytu.

Przed opracowaniem sposobu nabycia przedsiębiorstwa należy najpierw zastanowić się jakie są jego elementy i czy uda się je zbyć w drodze jednej umowy. Należy bowiem pamiętać, że do zbycia przedsiębiorstwa w rozumieniu art. 55(1) Kodeksu cywilnego dochodzi na drodze jednej czynności prawnej. Oczywiście istnieje możliwość zbywania poszczególnych elementów przedsiębiorstwa aż do zbycia całości, jednak najwygodniej i najsprawniej jest co do zasady dokonać zbycia drogą jednej czynności prawnej. Powyższą zasadę kreuje art. 55(2) Kodeksu cywilnego, według którego: „Czynność prawna mająca za przedmiot przedsiębiorstwo obejmuje wszystko, co wchodzi w skład przedsiębiorstwa, chyba że co innego wynika z treści czynności prawnej albo z przepisów szczególnych”. Co oznacza zatem druga część tego zdania? Nic nie stoi na przeszkodzie, aby wyłączyć ze sprzedaży przedsiębiorstwa niektóre jego elementy, które jednak chcemy, żeby zostały przy nas. Trzeba jednak uważać, żeby w umowie zbycia nie wyłączyć takich elementów, bez których przedsiębiorstwo nie może istnieć np. jeżeli istotnym elementem przedsiębiorstwa jest jego nazwa i nieruchomość, która jest ściśle związana z działalnością, trudno wyobrazić sobie przeniesienie własności przedsiębiorstwa bez tych istotnych elementów.

Zbycie przedsiębiorstwa nie może jednak nastąpić drogą zwykłej pisemnej umowy. Kodeks cywilny dla takiej transakcji wymaga umowy w formie pisemnej z podpisami notarialnie poświadczonymi. Natomiast jeżeli w skład przedsiębiorstwa wchodzi nieruchomość, umowa musi mieć formę aktu notarialnego.

Kodeks cywilny w specyficzny sposób reguluje odpowiedzialność nabywcy i zbywcy przedsiębiorstwa za jego długi. O tym napiszemy jednak w odrębnym wpisie.

Prawo gospodarcze, Prawo pracy, Umowy

Jak sporządzić umowę zlecenia? (aby nie stała się umową o pracę!)

cropped-logo.png
www.rybarczyk-kancelaria.pl

Drodzy Przedsiębiorcy, bardzo często wielu z was oferuje zamiast umów o pracę umowy zlecenia. Korzyści dla Was są znaczące, a przede wszystkim sprowadzają się do tego, że do umów zlecenia nie stosuje się Kodeksu pracy, a zatem zleceniobiorca nie ma prawa do urlopu, nie trzeba stosować wszystkich wymogów przy rozwiązywaniu umowy jak przy umowie o pracę, nie ma wszelkiej ochrony pracowników jaka jest charakterystyczna dla stosunków pracy. Z drugiej strony zleceniobiorca nie musi wcale „świadczyć pracy” (a właściwie wykonywać zlecenia) pod Waszym nadzorem i podporządkowaniem.

Jak zatem skonstruować umowę zlecenia, aby nie zostać posądzonym o to, że jest to umowa o pracę? Jest to bardzo istotne pytanie, ponieważ jeśli umowa zlecenia będzie de facto sprowadzała się do tego samego, co umowa o pracę, wtedy „zleceniobiorca” może wystąpić do sądu o ustalenie stosunku pracy, a za tym mogą iść dalej idące skutki (prawo do dodatku za nadgodziny, prawa urlopowe i związane z tym świadczenia np. ekwiwalent za niewykorzystany urlop itd.).

Zanim odpowiemy na to pytanie, niech każdy z Was zastanowi się nad tym czy rzeczywiście dana sytuacja będzie odpowiadała umowie zlecenia. Jeśli osoba, z którą chcecie się związać umową ma wykonywać pracę pod waszym nadzorem, być Wam podporządkowana oraz pracować w danym miejscu i czasie, to lepiej nie podpisywać z kimś takim umowy zlecenia, a po prostu zawrzeć umowę o pracę. Nawet jeśli zaczniecie kluczyć w treści umowy i postaracie się „zrobić z niej” umowę zlecenia, to decydujące znaczenie będzie miało i tak faktyczne świadczenie pracy. Z pewnością np. Zakład Ubezpieczeń Społecznych czy sąd zakwestionują taką umowę jako umowę zlecenia.

Jednak jeśli już wiecie, że stosunek prawny, który ma wiązać Was z kandydatem „do pracy” może mieścić się w relacji zleceniodawca – zleceniobiorca, to zapamiętajcie poniższe punkty, które pozwolą na poprawne określenie zlecenia w odróżnieniu go od stosunku pracy:

  1. Unikajmy wszystkich stwierdzeń, które wskazują na podporządkowanie np. „wykonywanie wszystkich poleceń zleceniodawcy”, „pod nadzorem zleceniodawcy”. Zamiast tego lepiej wpisać „zleceniobiorca ponosi odpowiedzialność za niewykonanie i nienależyte wykonanie umowy zgodnie z Kodeksem cywilnym” – niby trywialne, ale nie do przyjęcia na gruncie Kodeksu pracy.
  2. Unikajmy dokładnego określenia miejsca wykonania zlecenia. Miejsce świadczenia pracy jest charakterystyczne dla umowy o pracę. Oczywiście możemy określić jakieś konkretne miejsce wykonania zlecenia, ale w drugiej części zdania lepiej zostawić sobie furtkę np. poprzez stwierdzenie „a także w innych miejscach określonych przez Strony niniejszej Umowy”.
  3. Unikajmy dokładnego określenia czasu wykonywania zlecenia np. od 8:00 do 16:00 albo co gorsza: „w pełnym wymiarze”. Lepiej pozostawić określenie czasu stronom umowy i sformułować zapis tak liberalnie, jak tylko się da. Zleceniobiorca i tak powinien każdorazowo wykazać, w jakich godzinach wykonywał zlecenie na potrzeby ustalenia wynagrodzenia.
  4. Unikajmy wszelkiej nomenklatury charakterystycznej dla umowy o pracę np. „pełen etat”, „urlop” (choć nic nie stoi na przeszkodzie wpisaniu do umowy zlecenia prawa do „nieobecności”), „miejsce pracy”, „świadczenie pracy” czy w ogóle „PRACA”. Przyjmijmy zasadę PRACA ≠ ZLECENIE.

Po raz kolejny jednak ostrzegamy, że nie liczy się treść umowy, ale jej faktyczna realizacja. Pamiętajmy o tym zanim sporządzimy taką umowę i podpiszemy ją z naszym kandydatem.

Prawo cywilne, Prawo gospodarcze, Umowy

Kara umowna – zależna od wystąpienia szkody czy też nie?

logo
www.rybarczyk-kancelaria.pl

Kara umowna uregulowana w art. 483 Kodeksu cywilnego pełni funkcję zryczałtowanego odszkodowania. W przypadku niewykonania lub nienależytego wykonania zobowiązania, strona umowy, która dopuściła się „zaniedbań” musi zapłacić drugiej strony stosowną kwotę określoną w umowie (lub którą można wyliczyć na podstawie przesłanek wymienionych w umowie). Kara umowna umożliwia zatem określenie już w samej umowie wysokości odszkodowania (lub sposobu jej obliczenia). Tym samym wprowadza pewną stabilizację w relacjach kontraktowych, co jest szczególnie istotne w obrocie profesjonalnym.

Skoro jednak kara umowna pełni funkcję odszkodowawczą, to czy do jej zapłaty potrzebne jest w ogóle wystąpienie samej szkody? Najpierw zastanówmy się nad tym, czym w ogóle jest szkoda.

Pod pojęciem „szkoda” rozumieć należy różnicę pomiędzy stanem majątku poszkodowanego a stanem, jaki istniałby, gdyby brak było czynnika szkodzącego (tak P. Sobolewski w: Kodeks cywilny. Komentarz pod red. K. Osajdy, wyd. 22). Istotne jest to, że szkoda powstaje wbrew woli osoby, która szkodę odniosła.

Siłą rzeczy zatem kara umowna powinna być zapłacona wtedy, gdy szkoda powstała. W końcu spełnia taką funkcję. Jak jednak interpretować postanowienia umowy, zgodnie z którą kara umowna należy się np. za opóźnienie w realizacji inwestycji? Czy opóźnienie zawsze jest związane z powstaniem szkody?

Logo JPGNa temat przedstawionego w tytule problemu wielokrotnie wypowiadały się sądy powszechnie i Sąd Najwyższy. W uchwale Sądu Najwyższego z dnia 6 listopada 2003 r. (III CZP 61/03) wskazano: „Zastrzeżenie kary umownej na wypadek niewykonania lub nienależytego wykonania zobowiązania nie zwalnia dłużnika z obowiązku jej zapłaty w razie wykazania, że wierzyciel nie poniósł szkody”. Przedmiotowa uchwała wyraźnie wskazuje, że kara umowna należy się nawet wtedy, gdy nie doszło do powstania faktycznej szkody. Taki pogląd na moment publikowania tego artykułu jest większościowy w orzecznictwie. Ostatnio pojawiają się jednak nowe poglądy, w myśl których zawsze musi powstać szkoda, aby wierzyciel mógł od dłużnika żądać zapłaty kary umownej. Pojawia się bowiem rozdźwięk pomiędzy wysokością danej kary umownej a wystąpieniem szkody czy też jej wysokością. Skoro kara umowna ma pełnić funkcję kompensacyjną, to w jaki sposób ma ona rekompensować coś do czego nie doszło? Innymi słowy: brak powstania szkody oznacza brak możliwości żądania zapłaty odszkodowania, również w postaci zapłaty kary umownej. Obecny pogląd – zdaniem niektórych przedstawicieli doktryny (np. dr hab. Marcina Lemkowskiego) doprowadza do hamowania obrotu gospodarczego i zniechęca do kontraktowania jako obarczonego zbyt dużym ryzykiem.

Nie ulega wątpliwości, że obecnie większościowy pogląd stoi na stanowisku niezależność kary umownej od faktycznej szkody. Nawet jeżeli w postępowaniu sądowym dojdzie do wykazania, że wierzyciel nie poniósł szkody, kara umowna musi zostać zapłacona, o ile zostały spełnione wskazane w umowie przesłanki. Argument dłużnika w postaci braku wystąpienia szkody po stronie wierzyciela może być przydatny jedynie w przypadki miarkowania kary umownej. Ponadto nie ulega wątpliwości, że kara umowna zawsze zależy od jakiegoś niewykonania lub nienależytego wykonania umowy (opóźnienie, odstąpienie od umowy, brak zachowania określonych wymogów itd.). Skoro w umowie wyraźnie określono, że za te „zaniedbania” stanowiące niewykonanie lub nienależyte wykonanie umowy, należy się zapłata kwoty w określonej wysokości, to w tym zakresie wiąże zasada swobody umów. Zatem jeśli nawet udałoby się przyjąć pogląd o uzależnieniu kary umownej od każdorazowego wystąpienia szkody, to czy zasada swobody umów nie pozwalałaby na formułowanie podobnych postanowień uniezależniających zapłatę określonej kwoty od wystąpienia szkody? Choćby powyższe pytanie powoduje problem w zastosowaniu poglądu o zależności kary umownej od wystąpienia szkody.

Prawo cywilne, Prawo gospodarcze, Umowy

Wypowiedzenie umowy najmu zawartej na czas oznaczony

DSC_0191
www.rybarczyk-kancelaria.pl

Wielu przedsiębiorców na potrzeby prowadzenia swojej działalności zawiera umowy najmu, w tym umowy najmu lokali. Bardzo często pierwsze umowy najmu są zawierane na czas oznaczony. W praktyce zawierania takich umów należy bardzo dużą wagę przywiązywać do zawarcia w nich możliwości wypowiedzenia.

Co do zasady umowę najmu można wypowiedzieć zgodnie z terminami określonymi w Kodeksie cywilnym lub w samej umowie. Nie dotyczy to jednak umów zawartych na czas oznaczony. Takie umowy są zawierane na określony okres w celu stabilizacji praw i obowiązków stron, a zatem ich istotą jest konieczność ich wykonania w tym zamkniętym okresie. Nie oznacza to jednak, że przepisy prawa nie przewidują furtki wyjścia z takiej sytuacji.

Najważniejsze są postanowienia samej umowy najmu na czas oznaczony. Dlatego tak bardzo istotne jest jej dokładne sporządzenie i analiza. Przepis art. 673 § 3 Kodeksu cywilnego pozwala bowiem na wypowiedzenie umowy najmu zawartej na czas oznaczony w wypadkach określonych w samej umowie.

Czym są te „wypadki określone w umowie”? Na pierwszy rzut oka możemy pomyśleć o okresach wypowiedzenia. Widziałem już wiele umów najmu zawartych na czas oznaczony, w których wskazano „każda ze Stron ma prawo wypowiedzenia niniejszej Umowy z miesięcznym okresem wypowiedzenia”. Otóż takie sformułowanie jest błędne i w zasadzie nieważne. Wspomniany przepis art. 673 § 3 Kodeksu cywilnego nie mówi o okresach wypowiedzenia, ale o „wypadkach”. Wypadki to nic innego jak pewne zdarzenia lub okoliczności, które będą uzasadniać wypowiedzenie umowy. Jeżeli takie wypadki nie zostaną wskazane wyraźnie w umowie najmu na czas oznaczony, to takiej umowy nie będzie można skutecznie wypowiedzieć, a zatem rozwiąże się ona dopiero po zakończeniu obowiązywania.

Jak sformułować tego typu zapisy? Kodeks cywilny nie wskazuje na konkretne przykłady, pozostawiając stronom umowy pewną swobodę. Jako przykład można podać następujący zapis dla wynajmującego:

Wynajmujący może wypowiedzieć niniejszą umowę z miesięcznym okresem wypowiedzenia, gdy najemca korzystna z przedmiotu najmu w sposób niezgodny z jego przeznaczeniem”.

Inny przykład, tym razem dla najemcy:

Najemca może wypowiedzieć niniejszą umowę z miesięcznym okresem wypowiedzenia, gdy wynajmujący nie wykonuje swoich obowiązków związanych z naprawą przedmiotu najmu, mimo wcześniejszego wezwania”.

Oczywiście takie przykłady zarówno na wynajmującego jak i najemcy można mnożyć. Można również zastosować bardziej liberalne podejście i wskazać w umowie najmu na czas oznaczony, że każda ze stron ma prawo jej wypowiedzenia z danym okresem wypowiedzenia z ważnych przyczyn. Możliwość określenia „wypadków” w rozumieniu art. 673 § 3 Kodeksu cywilnego przez termin „ważne przyczyny” została dopuszczona uchwałą Sądu Najwyższego z dnia 21 listopada 2006 r. (sygn. akt III CZP 92/06).

Jak widać praktyka daje stronom dosyć dużą swobodę działania w umożliwieniu sobie skutecznego wypowiedzenia umowy najmu na czas oznaczony. Należy jednak pamiętać o tym, że jeśli nie uregulujemy „wypadków” umożliwiających takie wypowiedzenie w samej umowie, nie będziemy mogli jej skutecznie wypowiedzieć przed zakończeniem okresu jej obowiązywania.

Prawo gospodarcze, Spółki, Umowy

Powołanie członka zarządu spółki z o.o. na czas nieokreślony

Czy można powołać członka zarządu spółki z ograniczoną odpowiedzialnością na czas nieokreślony? Odpowiedź brzmi: TAK i NIE, albo jeszcze lepiej: „to zależy”. Prześledźmy, jakie są warunki sprawowania funkcji członka zarządu na czas nieokreślony.

Logo JPG
www.rybarczyk-kancelaria.pl

Należy wyjść od tego, że zgodnie z przepisem art. 202 § 1 Kodeksu spółek handlowych, „jeżeli umowa spółki nie stanowi inaczej, mandat członka zarządu wygasa z dniem odbycia zgromadzenia wspólników zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za pierwszy pełny rok obrotowy pełnienia funkcji członka zarządu”. Zasadą w spółce z o.o. jest zatem kadencyjność członków zarządu. Abstrahując od konieczności rozróżnienia pojęcia „mandatu” od pojęcia „kadencji”, należy podkreślić, że żaden przepis Kodeksu spółek handlowych nie wprowadza wyraźnego zakazu sprawowania funkcji członka zarządu na czas nieokreślony. Istotne jest natomiast to, w jakiej formie i na jakiej podstawie dochodzi do powołania członka zarządu na czas nieokreślony.

Prowadzimy kancelarię radców prawnych w KaliszuUmowa spółki

Stanowisko orzecznictwa i doktryny jest takie, że w umowie spółki z o.o. można zapisać, iż członkowie zarządu będą powoływani na czas nieokreślony. Przyjmuje się wtedy, że taki zapis w umowie spółki wyłącza zastosowanie przepisu art. 202 § 1 Kodeksu spółek handlowych, a zatem mandat powołanego członka zarządu nie wygaśnie z dniem odbycia zgromadzenia wspólników zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za pierwszy pełny rok obrotowy. Sam przepis art. 202 § 1 ksh mówi, że inną zasadę aniżeli wyrażoną w tej regulacji może przewidywać umowa spółki. Na takie ujęcie art. 202 § 1 ksh wskazał Sąd Najwyższy w uchwale z dnia 21 lipca 2010 r. (III CZP 23/10): „Nie ma przeszkód, by strony w umowie spółki uregulowały kwestię wygaśnięcia mandatu w odmienny sposób od wynikającego z dyspozycji art. 202 § 1 ksh i określiły, że powołanie członków zarządu następuje „na czas nieokreślony”. Zamieszczenie postanowienia o powołaniu <na czas nieokreślony> będzie równoznaczne z wyłączeniem stosowania przewidzianej w art. 202 § 1 ksh reguły wygaśnięcia mandatu z dniem odbycia zgromadzenia wspólników zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za pierwszy pełny rok obrotowy pełnienia funkcji. W takim wypadku mandat członka zarządu wygaśnie jedynie w razie zaistnienia zdarzeń określonych w art. 202 § 4 ksh”.

Uchwała zgromadzenia wspólników

Co do zasady członków zarządu w spółce z o.o. powołuje zgromadzenie wspólników. Decyzje zgromadzenia zapadają w formie uchwał. Problem pojawia się wtedy, gdy zgodnie z treścią uchwały danego członka zarządu powołano na czas nieoznaczony, a w umowie spółki nie wprowadzono zasady powoływania członków zarządu na czas nieoznaczony. Zgodnie z przedstawionym powyżej poglądem Sądu Najwyższego (aprobowanym przez większość doktryny), jedynie w umowie spółki można skutecznie określić, że powołanie członków zarządu nastąpi na czas nieokreślony. Jeżeli w umowie spółki nie ma takiego zapisu, wtedy nie można powołać członków zarządu na czas nieokreślony, a należy stosować przepis art. 202 § 1 ksh. Chodzi o to, aby sama umowa spółki wyłączała zastosowanie art. 202 § 1 ksh i wprowadzała zasadę powoływania członków zarządu na czas nieokreślony.

Zapis w akcie notarialnym powołującym do życia umowę spółki, ale poza samą umową

Problem pojawia się również wtedy, gdy umowa spółki nie przewiduje zasady powoływania członków zarządu na czas nieokreślony, ale jednocześnie w akcie notarialnym powołującym do życia spółkę, jednak poza samą umową dochodzi do powołania pierwszych członków zarządu i stwierdzenia, że zostają oni powołani na czas nieokreślony. Wtedy sytuacja staje się nieco skomplikowana i trudno ją rozstrzygnąć. Można wprawdzie argumentować, że członkowie zarządu wskazani w treści aktu zostali powołani na czas nieokreślony, a następni członkowie zarządu będą powołani na czas określony zgodnie z regułami art. 202 § 1 ksh, jednak brak wprowadzenia do treści umowy spółki zasady nieokreślonego czasu piastowania funkcji członka zarządu, raczej nie pozwala na uznanie, że doszło do wyłączenia art. 202 § 1 ksh, a zatem mandaty tych członków zarządu wygasną z dniem odbycia zgromadzenia wspólników zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za pierwszy pełny rok obrotowy pełnienia funkcji członka zarządu.

Podsumowanie

Jeśli chcemy, aby członkowie zarządu w spółce z o.o. byli powoływani na czas nieoznaczony bez potrzeby każdorazowego przedłużania ich mandatów po każdym roku obrotowym, należy już w umowie spółki wprowadzić zasadę ich powoływania na czas nieoznaczony. Jest to jedyny w miarę pewny sposób na uchylenie przepisu art. 202 § 1 ksh w umowie spółki i zapewnienie ciągłości pracy zarządu w stałym składzie.

cropped-logo_-blog-1.jpg